Oglądasz wiadomości wyszukane dla frazy: Egipt Pogoda mapy
Temat: SAFARI NURKOWE EGIPT 13-03-2008
Ustaliliśmy wszystkie szczegóły dotyczące wyjazdu nurkowego na safari południowe St' John's. Wylot Katowice 13.03.08 powrót 20.03.08. Nurkujemy z łodzi Safy Mar.
Plan wyjazdu: po wylądowaniu z Hurgadzie przejeżdżamy autokarem do portu w Safadze lub Marsa Alam od 140 do 300km. Wsiadamy na łódź, kwaterujemy ( kajuty dwuosobowe z łazienkami). A później to już sami wiecie, nurkowanie, nurkowanie i tak 4 do 5 razy dziennie. W przerwach między nurkowaniami 3 posiłki. Żeby rozwiać wątpliwości i obawy łódź jest znacznych rozmiarów, więc o bujaniu raczej nie mam mowy. Pogoda w tym okresie powinna być super. Opis miejsc nurkowych dodam w najbliższej przyszłości.
Co do formalności.
Na łodzi są 22 miejsca dla osób nurkujących nasza pula to troszkę ponad połowa resztę miejsc ma Mares. Nie muszę mówić, że kto pierwszy ten lepszy.
Co do reszty pytań?
Tak ja też jadę.
Jeżeli chcecie zobaczyć zdjęcia łodzi lub dowiedzieć się o szczegółach wyjazdu
mój mail g.baliga@interia.pl, tel. 512118587
Dane techniczne łodzi :
Klasa: Luxory
Data budowy: styczeń 2005
Ilość pasażerów: 24
Ilość kabin: 12 kabin dwuosobowych (każda z łazienką i WC)
Ilość pokładów: 4 (dwa słoneczne)
klimatyzacja: tak (salon, kabiny)
Długość: 34m Szerokość: 8m
Silniki: 2 x Caterpillar 650 KM
Generatory prądotwórcze: 2 X 60KW + 1 x 22 KW
Nawigacja: radar, GPS MAP, Sonar, Komapas, Echo Sonda: GRC
Komunikacja: radio Marine VHF, telefon satelitarny
Woda: 20 ton
Paliwo: 12 ton
Tlen: 2 x 40l, zestaw tlenowy w pontonie
Ponton: 2 x Zodiac 5m (8 nurków), silnik 25 HP
Nitroks: tak
Temat: Czy macie już plany na wakacje?
Jak urodzil sie maly dwukrotnie pojechalismy nad polskie morze (bo maz bal sie za granice) i dwukrotnie byla to porazka (jak may mial 6 m-cy, a potem 1,5roku Leba, Jastarnia). Do morza mam 600 km i w polskich warunkach to 10-12 godzin jazdy (to nie dla mnie) Za porownywalne pieniadze (albo tez niewiele wieksze) wole jechac w cieple kraje: komfort, pogoda itp. W tym roku jedziemy we wrzesniu do Egiptu na dwa tygodnie leniuchowania nad basenami
Zwykle co drugi rok zwiedzanie a w nastepnym leniuchowanie , i to jest to
Z wiekiem robie sie coraz bardziej leniwa na wakacjach i coraz bardziej cenie luksus (a kiedys bylo inaczej namioty, rowery).
Apropos Jury jako studentka przemierzylam szlaki jurajskie na rowerach (boskie wspomnienia mam z tego okresu)Z tym ze my rano wsiadalismy w pociag z rowerami podjezdzalismy np do Olsztyna i np dalej juz szlakiem do Krakowa, a z Krakowa powrot pociagiem (albo inna konstelacja). Pamietam ze korzystalismy z jakies mapy tras z Gazety Wyroczej, ktora byla rewelacyjna. Tylko to juz dawno temu bylo.
Temat: Górskie gafy :D
Jedną z informacji, którą należy bezwzględnie znać na górskim szlaku, jest godzina zachodu słońca.
Beskid Śląski, koniec sierpnia, kilka ładnych lat temu. Postanowiliśmy z moją przyszłą żoną poświęcić jeden górski dzień na wylegiwanie się na słoneczku i na zbieranie jagód, których tego roku był niesamowity urodzaj.
Uzbrojeni w kubki, bez zbędnego jak na taką wycieczkę bagażu w postaci kurtek przeciwdeszczowych i latarek, wybraliśmy się więc z Brennej na przełaj w okolice czerwono znakowanego szlaku graniowego biegnącego z Przełęczy Salmopolskiej na Klimczok. Dotarliśmy w okolice Kotarza i zbierając jagódki chcieliśmy dojść do Karkoszczonki i zejść z powrotem do Brennej. Pogoda dopisywała, jagódki się do nas „uśmiechały” więc wszystko było OK . Po kilku godzinach, które szybko minęły, zaczęło się ściemniać. Będąc święcie przekonany, że do zachodu słońca pozostała jeszcze godzina, nie zwracałem na to większej uwagi – w lesie przecież zawsze jest ciemniej.
Ciemności zapadały coraz szybciej, na szarzejącym niebie zaczął pojawiać się ogromny księżyc w pełni. Ogarnęła nas lekka euforia, ale pięknie, ale czy aby nie za ciemno??? Jeszcze raz zerknąłem na zegarek i... nagle jak grom z jasnego nieba naszło oświecenie ! Kopnąłem się o całą godzinę z zachodem słońca!!! Nie mamy latarek, ale jeszcze nie jest tak źle, przyspieszymy kroku, księżyc mocno świeci, na przełęczy powinniśmy być za jakieś 45 minut! (muszę dopisać, że wcześniej jeszcze nie szliśmy tym szlakiem).
Czas mijał nieubłaganie, ludzi zero a przełęczy „ani widu ani słychu”, w końcu szlak (który wg mapy miał biec granią) przewinął się na północną stronę grani zostawiając księżyc za górą a nas pogrążając w egipskich ciemnościach! Nie chcę tu opisywać całej drogi, którą wtedy przeszliśmy, powiem tylko, że najedliśmy się strachu. Na przełęcz dotarliśmy po najdłuższej w życiu 1,5-godzinie. Zejście do Brennej nie stanowiło już takiego problemu. Nazbierane przez nas jagody stały w kuchni 2 dni, nie mieliśmy ochoty ich ruszać.
P.S. Od tej pory, nawet na kilkugodzinny „spacer górski” nie ruszam się bez latarki.
Temat: Niemcy zajmują Europę, co dalej?
No to próbuję.
Niemcy od 1.IX.1939r były w niedoczasie z powodu większego potencjału tzw. "wolnego świata" ( zakładając taki układ koalicyjny jaki powstał w rzeczywistości, a nie na przykład Niemcy razem z ZSRR ). Po przystąpieniu USA do wojny ten niedoczas był już dramatyczny. Tu pełna zgoda. Stąd wniosek, że "zajęcie Europy" w 1943r niewiele zmienia sytuację. Tu też pełna zgoda. Bitwa Stalingradzka nie miała dla Rosjan tak dramatycznego znaczenia jak mówi związana z nią propaganda, gdyż:
-mogło do niej nie dojść: Rosjanie bez walki oddają miasto i wycofują się za Wołgę
-Rosjanie mogli ją w dowolnym momencie przerwać i wycofać się za Wołgę
-Rosjanie mogli ją przegrać, to znaczy Niemcy zdobywają gruzy miasta, w których giną obrońcy ( 50-100 tys. ludzi )
We wszystkich tych przypadkach skutek jest podobny: Niemcy dochodzą na odcinku 100-200 km w górę i w dół rzeki do jej brzegu, może doczłapują do Astrachania. Powiedzmy, że Rosjanie muszą ściągnąć trochę więcej sił z innych odcinków, więc Niemcy tam coś jeszcze osiągają; powiedzmy pada Leningrad, oskrzydlają od północy Moskwę, dochodzi do walk na przedmieściach. Raczej nie starczyłoby sił nawet na zdobycie Moskwy, a co dopiero na założone "zajęcie Europy". Może alianci musięliby coś więcej podesłać, może Stalin przyciśnięty do muru zgodziłby się (albo raczej zażądałby) pomocy bezpośredniej. Przyleciałoby parenaście amerykańskich grup lotniczych, Murmańsk i Archangielsk stałyby się bazami HOME FLEET, kilka dywizji wylądowałoby w Murmańsku (najlepiej kanadyjskich, wiadomo dlaczego hihi), trochę więcej dywizji brytyjskich i amerykańskich utworzyłoby jakiś strategiczny odwód nad Morzem Kaspijskim. Trochę spowolniłoby to działania na zachodzie. Ale nawet nie zajęliby Europy.
A temat brzmiał: "zajmują Europę". Szukałem więc alternatywki. Ponieważ Niemcy byli w niedoczasie, postanowiłem im pomóc. Wyszło mi tak:
22.VI.1941r ruszają. Wiadomo. Co dalej? No powiedzmy we wrześniu/październiku OKW posłuchało rad "Szybkiego Heinza", który słał do Berlina depesze prosząc o zatrzymanie się na zimę (tak przynajmniej twierdzi on sam w swoich pamiętnikach: Heinz Guderian "Wspomnienia żołnierza", ja mu za bardzo nie wierzę, pewnie zmyślił wszystko po fakcie, jak mu tyłek przymarzł do dekla od czołgu) i zatrzymało front w okolicach Smoleńska, wzdłuż Dniepru, a pan AH wykorzystując przerwę w działaniach udał się, nie jak chce "wojtek" do batalionu wróżek SS, ale do biblioteki i wypożyczył jakąś książkę ( dla równowagi: jedną napisał, to mógł jedną przeczytać). Na przykład pod tytułem "1812. Odwrót Napoleona spod Moskwy" i tknięty swoim słynnym przeczuciem zarządził, że każda kobieta niemiecka uszyje jedną, albo lepiej dziesięć par rękawic dla dzielnych żołnierzy. W ten sposób Armia Niemiecka zatrzymałaby się na linii Leningrad - Smoleńsk - Kijów - Krym, okopała i przygotowała do zimy. dalej byłoby "prawie" tak samo:
- Rosjanie mylnie odczytują zatrzymanie się ofensywy niemieckiej jako wyczerpanie ich siły uderzeniowej i organizują przeciwuderzenie pod Moskwą ( chciałem powiedzieć pod Smoleńskiem). Przygotowani i okopani Niemcy je odpierają zadając Rosjanom znaczne straty. Front zamiera do wiosny. Wiadomo że duch bojowy żołnierzy Wehrmachtu uzależniony był od pór roku i pogody, nawet właśni dowódcy mówili o nich czule "Sommersoldaten".
-Wiosną 1942 szybciej, nie w czerwcu tylko w kwietniu, Armia Niemiecka, liczniejsza o te 3/4 miliona żołnierzy nie zamarzniętych w zimie, nie straconych pod Moskwą, lepiej zaopatrzona i w lepszej kondycji, rusza, jak "w realu", na południe. Rosjanie są słabsi
( przecież w zimie przegrali pod ....). Niemcy silniejsi (przecież wygrali i przezimowali).
Niemcom idzie szybciej. Startują w kwietniu, w czerwcu są w Stalingradzie ( Rosjanie nie zdołali zorganizować obrony), podchodzą do Kaukazu. Naczelne dowództwo ZSRR popełnia kolejne błędy (jak alternatywka, to alternatywka) i rusza swoje strategiczne odwody spod Moskwy ( w realu jeśli pamiętam było to 8 armii ogólnowojskowych- po "przegranej" zimie byłoby mniej) i marnuje je w chaotycznych kontratakach nad Donem. Moskwa jest odsłonięta. Niemcy ruszają w centrum ( mają na plus pół miliona "odmrożonych"), zajmują rejon Moskwy i maszerują na Kazań. Odcina to od zaopatrzenia cały front na północ od Moskwy. To z kolei powoduje upadek Leningradu. Front Wschodni załamuje się na całej długości. W ZSRR chaos,kryzys władzy, kto żyw myśli jak się uratować. Niemcy na całej szerokości frontu maszerują do Uralu, Kaukazu i Morza Kaspijskiego. Jest sierpień 1942r. OKW ocenia, że doszło do przesilenia i z głębokich rezerw Frontu Wschodniego przerzuca kilka dywizji do Afryki na pomoc Rommlowi stojącemu pod El-Al. W Londynie i Waszyngtonie rozkładają mapy Bliskiego Wschodu i codziennie odmierzają odległość dzielącą niemieckie dywizje nad Morzem Kaspijskim i na Kaukazie od Iranu, Iraku i Zatoki Perskiej. Liczą też na tych mapach ubywające dywizje radzieckie. Jest sierpień/wrzesień 1942r. Czy decyzja o utworzeniu silnego 15 - 20 dywizyjnego odwodu strategicznego gdzieś w rejonie Morza Kaspijskiego z wojsk przeznaczonych do operacji TORCH i ataku pod El-Al byłaby tak nierealna?
- W efekcie nie ma ofensywy pod El - Al. Nie ma lądowania w Afryce. Jest wejście Niemiec w te rejony, przyłączenie się Hiszpanii i Turcji do wojny( bo tak), upadek Malty i Gibraltaru. Alianci w 1942r tylko "ratują co się da" ze wskazaniem na ZSRR. W 1943r może dochodzą z Egiptu z powrotem gdzieś do Libii i z głębi Afryki ( jak w realu Wolni Francuzi), z tyłami gdzieś w brytyjskich koloniach (Fretoown) i opanowanych przez Degola koloniach francuskich, do MŚ w Maroku. Na wschodzie odbudowują jaką taką siłę ofensywna ZSRR i pomału ruszają. Na razie do Wołgi (od wschodu). Latka lecą. I to pod warunkiem, że Niemcy nie wykorzystają darowanego im czasu lepiej niż w rzeczywistości. A możliwości to niemieccy uczeni i przemysł miał.
No i jeżeli nie doszłoby do "odwrócenia układu". Ale o tym w następnym ( mam nadzieję) poście.
Ale natworzyłem. Możecie sobie teraz panowie poużywać. Po "szkole przetrwania" jaką daliście mi do tej pory nie żałujcie sobie. Śmiało. Ja na razie idę na browar.
P.S.Aha "wojtek". Jednym z celów amerykanskiej ofensywy na Pacyfiku było jak najszybsze zdobycie miejsc, z których bombowce strategiczne mogłyby dolecieć do powiedzmy Tokio. Ile wysiłku organizacyjnego w stosunku do efektów włożyli żeby zorganizować takie bazy w Chinach. Na Pacyfiku wykonali parę krwawych "żabich skoków", żeby to osiągnąć. Wziąłem linijkę i zmierzyłem: z Kuryli jest do większości miast japońskich bliżej niż z Guam czy Chin. I tylko jeden skok z Aleutów. A nie poszli tą drogą. Kuryle to wyspy sztormów i mgieł. Nie lekceważ roli klimatu i terenu w prowadzeniu działań wojennych. Po zablokowaniu lub odcięciu Władywostoku Rosjanom nie pozostałoby nic. Leżącej z obu stron rzeki Ob, szerokiej na 1000 km, będącej jednym bagnem Niziny Zachodniosyberyjskiej też nie przeszedłby nikt.
Temat: Schroniska na "nie"!
...a turyście ogarek.
Czyli weekendowe reminiscencje po noclegu w Bacówce PTTK na Rycerzowej lub egipskie ciemności i czasy nalotów bombowych.
Na Forum Beskidzkim toczy się obecnie burzliwa dyskusja na temat stanu i warunków jakie oferują nam schroniska należące do PTTK, podobnych dyskusji jest zresztą wiele praktycznie na wszystkich forach związanych z górami. Zdecydowałem się jednak opublikować ten artykuł na stronie ze względu na pewne znaczące informacje, które mogą okazać się ważne dla wszystkich turystów nie tylko dla naszych forumowiczów.
Podczas ostatniego weekendu, a dokładniej w nocy z 26 na 27 stycznia, zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku pod Rycerzową. W drogę wybraliśmy się około 17:00 tzw. "Drogą Wozaków", czyli najbezpieczniejszym zimowym dojściem do schroniska. W świetle czołówek droga była znakomicie widoczna i po dość długi ale spokojnym i bezproblemowym marszu dotarliśmy w okolice schroniska. Ponieważ była już godzina 19:00 ponadto padał gęsty śnieg cieszyliśmy się bardzo na myśl o ciepłym i przytulnym wnętrzu bacówki. Gdy osiągnęliśmy skraj polany skąd widać już bacówkę zobaczyliśmy w świetle księżyca schronisko jednak kompletnie ciemne i ciche. Byłem mocno zaskoczony, iż schronisko jest w takim okresie roku nieoświetlone, fakt - drogę wyznaczają tyczki ale np. w czasie zamieci lub w bezksiężycową noc zapewne niewiele by to pomogło. Po chwili dobrnęliśmy przez polanę do schroniska. Ku naszej radości drzwi zastaliśmy otwarte, więc po oczyszczeniu się ze śniegu zagłębiliśmy się w jego wnętrzu. Czołówki przydawały się tu nawet bardziej niż na szlaku, gdzie pomagał księżyc.
W bufecie czekał na nas ktoś z obsługi z przygotowaną świeczką, zagadał, zapytał jak droga, zaoferował wrzątek-miło i poinformował o cenie noclegu-już mniej miło. Gdy stwierdziliśmy, że chcemy najpierw zjeść kolację dostaliśmy do stolika 1,5 centymetrowy ogarek świeczki, który miał służyć nam za oświetlenie. Jak nie trudno zgadnąć, nim dobrze rozpakowaliśmy plecaki i zasiedli do jedzenia świeczka wypaliła się i zgasła. Okazało się ,że jest to jedyne oświetlenie na jakie mogliśmy liczyć tego wieczoru. Kolację dokończyliśmy przy naszych latarkach. Nie było już sensu pozostawać dłużej w ciemnej jadalni, gdzie na dodatek szczelność okien pozostawia wiele do życzenia i zaczęło nam robić się zimno. Postanowiliśmy sprawdzić czy może we wskazanym przez obsługę pokoju jest nieco cieplej. Na górze zastaliśmy pięknie wysprzątany pokój z gorącym kaloryferem ale niestety znów bez żadnego oświetlenia. Wieczór spędziliśmy więc tylko przy własnych czołówkach-przyznam, że dziwny to zwyczaj trzymać turystów w egipskich ciemnościach, ale cóż-ostatnio nocowałem tam wiele lat temu i mogło się od tego czasu nieco zmienić. Za oknem pogoda stale się pogarszała wzmagał się wiatr i opady śniegu a w pokoju było przyjemnie ciepło i przytulnie. Przed położeniem się do łóżka chciałem się umyć jednak lodowata woda w kranie nie zachęcała do odprawiania większych ablucji. Na sąsiednich drzwiach w świetle latarki ukazało się obwieszczenie o treści "ciepły prysznic 3zł."hmmm...
Trzeba przyznać, że wyspaliśmy się znakomicie, mimo że kaloryfer rano był już zimny w pokoju panowała przyzwoita temperatura. Dokonaliśmy płatności za nocleg i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Podsumowując mą wizytę w tej bacówce naszły mnie jednak niewesołe refleksje. Nocleg, najtańszy z możliwych, kosztował mnie 20zł. w tej cenie mieściło się właściwie tylko spanie w ciepłym koncie i nieco wrzątku. Nie jestem ekspertem od rynku świec oświetleniowych ale nie wydaje mi się by jedna zwykła świeczka kosztowała więcej niż kilkadziesiąt groszy - widocznie jednak w tych dwudziestu złotych nie był przewidziany taki wydatek. Mogę zrozumieć, że nie opłacało się dla dwóch gości uruchamiać agregatu prądotwórczego, choć był to piątek i z pewnością można się było spodziewać w schronisku turystów. Ale dlaczego nie oświetlić schroniska lampami naftowymi lub świeczkami? Tak czyni się w większości schronisk studenckich gdzie nocleg jest o połowę tańszy, i zapewniam Was, że w żadnej chatce na pewno nikt nie spędza całego wieczoru w ciemnościach. Ba-nie spotkałem się nigdy z takim traktowaniem na żadnej z baz namiotowych . Owszem raczej nie możemy spodziewać się ciepłej wody do mycia ale też koszt takiego noclegu jest na znacznie niższy. Osobiście sądzę, że pobieranie na Rycerzowej dodatkowej opłaty za prysznic przy tak wysokich cenach noclegu zakrawa na grubą przesadę. Jestem w stanie zrozumieć konieczne oszczędności jakie muszą czynić dzierżawcy schronisk, zimowe trudności transportowe itp. Jednakże oczekiwałbym przynajmniej jakiegoś - choćby symbolicznego - upustu w cenie noclegu kiedy nie są w stanie zapewnić turyście godziwych warunków bytowania. Takie maksymalne oszczędności kosztem turystów, z których zdziera się niemałą kasę niebezpiecznie pachną mi już pazernością. Może właśnie dlatego w piątkowy wieczór Bacówka świeciła pustkami? By nie być gołosłownym nadmienię, że nie dalej jak w ostatnich dniach minionego roku miałem okazję nocować w innym PTTK- owskim obiekcie na Bereśniku. Mimo, że również tamto schronisko świeciło pustkami za nocleg zapłaciłem 15 złotych , dwa razy udało mi się umyć w ciepłej wodzie, a raz nawet wziąłem ciepły prysznic. Nie wspominając już o tym, że zarówno jadalnia jak i całe schronisko były porządnie oświetlone i ogrzane.
Turystom wybierającym się na nocleg do Bacówki na Rycerzowej, szczególnie poza długimi weekendami i terminami gdy odbywają się tam jakieś większe imprezy, zalecałbym zaopatrzenie się we własne źródła oświetlenia, gruby portfel i dobrą mapę by odnaleźć schronisko zaciemnione niczym kamienice w czasie nalotów.
No i tak docieramy wreszcie do sprawy dla mnie najbardziej bulwersującej, a mianowicie brak zewnętrznego oświetlenia schroniska. Ta "oszczędność" robi się już naprawdę groźna, wystarczy choćby przypomnieć głośną tragedię, która rozegrała się w minionych latach na Hali Łabowskiej. Nie dalej jak kilka tygodni temu Kronika Beskidzka przypomniała, w artykule Marcina Płużka, tragiczne wydarzenia jakie rozegrały się pod Babią Góra w nocy z 14 na 15 lutego 1935 roku, zginęły wówczas w zamieci cztery osoby. Trzy ciała odnaleziono w niewielkiej odległości od schroniska. Winą za to wydarzenie obarcza się między innymi kierownika schroniska właśnie dlatego, że nie zapalił świateł, które pomogłyby turystom odnaleźć drogę do schronienia. Już więc z górą 70 lat temu wiedziano o konieczności takiego postępowania. Wygląda jednak na to, że na Rycerzowej nikt nie słyszał o tym zwyczaju a nieumiejętność czerpania z wzorców i doświadczeń minionych pokoleń jest widomym znakiem upadku danej kultury - w tym wypadku kultury turystyki górskiej.
źródło: e-beskidy.com
Temat: Dolny Śląsk dba o promocję
Dolny Śląsk musi wykorzystać kryzys, by przyciągnąć turystów
Nasz region szykuje się na tłumy turystów. Hotelarze zyskają dzięki słabej złotówce.
Podwyżki cen za wyjazdy zagraniczne powodują, że w biurach turystycznych panuje ruch znacznie mniejszy niż przed rokiem. Te zaczynają martwić się o przyszłość. Włodzimierz Perliceusz, szef biura Juventur w Wałbrzychu, nie ukrywa, że musiał podnieść ceny wyjazdów zagranicznych o 10 procent.

- Ale tylko dlatego, że zmniejszamy maksymalnie nasze zyski. W przypadku niektórych wyjazdów nawet dopłacamy. Wszystko po to, żeby nie zniechęcić turystów. Przecież kryzys kiedyś minie - tłumaczy.
Jednak szansę na niezły zarobek i wypromowanie regionu widzą w słabej złotówce lokal-ni właściciele hoteli czy gospodarstw agroturystycznych. Już dziś wiadomo, że będą mieli latem więcej gości niż zwykle. Bo wakacje w regionie kosztują kilka razy mniej niż za granicą.
- Oprócz tego, wyjątkowych atrakcji naprawdę nie brakuje i można świetnie spędzić dwa tygodnie wakacji, ani sekundy się nie nudząc - przyznaje Jerzy Rodak, prezes Stowarzyszenia Kwaterodawców Gór Sowich, który prowadzi gospodarstwo w Michałkowej.
Krzysztof Mojek z Biura Turystycznego Sudety dodaje również, że standardy są coraz wyższe.
- A dwa tygodnie wakacji z wyżywieniem w Karkonoszach będą kosztowały jedną osobę 800 złotych - mówi.
Za taką kwotę można spędzić niecały tydzień w średnich warunkach np. we Włoszech. I coraz więcej osób wybiera tę tańszą opcję.
Na wakacje do naszego regionu, właśnie wskutek coraz wyższych cen, wybiera się rodzina Majchrzyków z Warszawy.
- Chcieliśmy jechać do Egiptu, ale straciłam pracę. Zaplanowaliśmy sobie więc wyprawę na Dolny Śląsk i powiem szczerze, że zapowiada się świetnie - opowiada Anna Majchrzyk.
Z zagranicznych wojaży musiał również zrezygnować Wojciech Neska z Wrocławia. Jeszcze kilka tygodni temu planował wakacje w Niemczech. Ale szalejący kurs euro uśmiercił jego marzenia.
- Dlatego też wybieram się w polskie góry, być może do Karpacza - mówi pan Wojciech.
Władze miejscowości wypoczynkowych robią wszystko, by pobyt u nich był niezapomniany. Na sezon letni szykują się w Szklarskiej Porębie, gdzie pojawi się kilka nowych atrakcji turystycznych.
Ruszy park aktywności ruchowej, park dinozaurów i wyciąg przy stoku, po którym będzie można jeździć na desce z kółkami.
- Będziemy również kontynuować akcję Aurun, w której turyści z mapą poszukują ciekawych miejsc w mieście i okolicy - zapowiada Marlena Grochowska z Informacji Turystycznej w dolnośląskim kurorcie pod Szrenicą.
W Karpaczu, po dwóch latach budowy, w maju otwarty zostanie jeden z dwóch największych hoteli w mieście - Sandra. - Przy obiekcie powstał aquapark, z którego wszyscy turyści będą mogli korzystać w razie niepogody - informuje Elżbieta Gołębiowska z Informacji Turystycznej.
Karkonoskie kurorty liczą na zwiększone zainteresowanie ze strony turystów zagranicznych. Podobnie uzdrowiska w Kotlinie Kłodzkiej czy Szczawno-Zdrój.
- W porównaniu z ubiegłym rokiem jest znacznie więcej turystów niemieckich - mówi Marcin Piaścik z pensjonatu Karkonoskiego.
Zamarł jednak rynek konferencji, szkoleń i spotkań integracyjnych. - Od kilku miesięcy firmy tną koszty i ograniczają wyjazdy - wyjaśnia Eugeniusz Zielenkiewicz, właściciel hotelu Las w Piechowicach. Dla dużych obiektów hotelowych, które posiadają nawet po kilka sal konferencyjnych, to poważny problem. - Liczymy jednak na ożywienie w tym segmencie - mówi Zielenkiewicz.
Kryzys ściąga klientów z zagranicy
Rozmowa z Robertem Gwiazdowskim, ekonomistą z Centrum im. Adama Smitha
Czy droższe wyjazdy zagraniczne są szansą dla rozwoju turystyki w kraju?
Zacznijmy od tego, że wyjazdy nie są wcale droższe, tylko my więcej za nie płacimy, przeliczając na złotówki. I z tego powodu więcej osób zdecyduje się spędzić urlopy na miejscu. To przyniesie oczywiście korzyści właścicielom pensjonatów, hoteli czy różnych atrakcji turystycznych właśnie w kraju.
Ale tańsza złotówka jest także bardziej atrakcyjna dla klientów z zagranicy.
Oczywiście, i zyskają na tym wszyscy, którzy zainteresowali swoją ofertą zagranicznych turystów. Teraz może być ich znacznie więcej, bo dla nich, inaczej niż dla Polaków, słaby złoty jest korzystny. Teraz wiele do powiedzenia mają ci, którzy eksportują oferty turystyczne - czy będą potrafili skorzystać z sytuacji, czy nie.
Czyli powinni zebrać siły, by pokazać się z jak najlepszej strony?
Właśnie tak. Muszą zrobić wszystko, by turyści byli zadowoleni. Ważne jest zapewnienie atrakcji bez względu na pogodę, bo z tą w Polsce różnie bywa. Jeżeli klient wróci z wakacji z miłymi wspomnieniami, to jest ogromna szansa, że będzie chciał przyjechać tam również za rok.
Sylwia Królikowska Współpraca: JUKO, MAT - POLSKA Gazeta Wrocławska
http://wroclaw.naszemiasto.pl/wydarzenia/975978.html
Temat: 200/03/10 BIEG NA RAKIETACH ŚNIEŻNYCH / Rycerzowa 2007
...a turyście ogarek.
Czyli weekendowe reminiscencje po noclegu w Bacówce PTTK na Rycerzowej lub egipskie ciemności i czasy nalotów bombowych.
Na Forum Beskidzkim toczy się obecnie burzliwa dyskusja na temat stanu i warunków jakie oferują nam schroniska należące do PTTK, podobnych dyskusji jest zresztą wiele praktycznie na wszystkich forach związanych z górami. Zdecydowałem się jednak opublikować ten artykuł na stronie ze względu na pewne znaczące informacje, które mogą okazać się ważne dla wszystkich turystów nie tylko dla naszych forumowiczów.
Podczas ostatniego weekendu, a dokładniej w nocy z 26 na 27 stycznia, zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku pod Rycerzową. W drogę wybraliśmy się około 17:00 tzw. "Drogą Wozaków", czyli najbezpieczniejszym zimowym dojściem do schroniska. W świetle czołówek droga była znakomicie widoczna i po dość długi ale spokojnym i bezproblemowym marszu dotarliśmy w okolice schroniska. Ponieważ była już godzina 19:00 ponadto padał gęsty śnieg cieszyliśmy się bardzo na myśl o ciepłym i przytulnym wnętrzu bacówki. Gdy osiągnęliśmy skraj polany skąd widać już bacówkę zobaczyliśmy w świetle księżyca schronisko jednak kompletnie ciemne i ciche. Byłem mocno zaskoczony, iż schronisko jest w takim okresie roku nieoświetlone, fakt - drogę wyznaczają tyczki ale np. w czasie zamieci lub w bezksiężycową noc zapewne niewiele by to pomogło. Po chwili dobrnęliśmy przez polanę do schroniska. Ku naszej radości drzwi zastaliśmy otwarte, więc po oczyszczeniu się ze śniegu zagłębiliśmy się w jego wnętrzu. Czołówki przydawały się tu nawet bardziej niż na szlaku, gdzie pomagał księżyc.
W bufecie czekał na nas ktoś z obsługi z przygotowaną świeczką, zagadał, zapytał jak droga, zaoferował wrzątek-miło i poinformował o cenie noclegu-już mniej miło. Gdy stwierdziliśmy, że chcemy najpierw zjeść kolację dostaliśmy do stolika 1,5 centymetrowy ogarek świeczki, który miał służyć nam za oświetlenie. Jak nie trudno zgadnąć, nim dobrze rozpakowaliśmy plecaki i zasiedli do jedzenia świeczka wypaliła się i zgasła. Okazało się ,że jest to jedyne oświetlenie na jakie mogliśmy liczyć tego wieczoru. Kolację dokończyliśmy przy naszych latarkach. Nie było już sensu pozostawać dłużej w ciemnej jadalni, gdzie na dodatek szczelność okien pozostawia wiele do życzenia i zaczęło nam robić się zimno. Postanowiliśmy sprawdzić czy może we wskazanym przez obsługę pokoju jest nieco cieplej. Na górze zastaliśmy pięknie wysprzątany pokój z gorącym kaloryferem ale niestety znów bez żadnego oświetlenia. Wieczór spędziliśmy więc tylko przy własnych czołówkach-przyznam, że dziwny to zwyczaj trzymać turystów w egipskich ciemnościach, ale cóż-ostatnio nocowałem tam wiele lat temu i mogło się od tego czasu nieco zmienić. Za oknem pogoda stale się pogarszała wzmagał się wiatr i opady śniegu a w pokoju było przyjemnie ciepło i przytulnie. Przed położeniem się do łóżka chciałem się umyć jednak lodowata woda w kranie nie zachęcała do odprawiania większych ablucji. Na sąsiednich drzwiach w świetle latarki ukazało się obwieszczenie o treści "ciepły prysznic 3zł."hmmm...
Trzeba przyznać, że wyspaliśmy się znakomicie, mimo że kaloryfer rano był już zimny w pokoju panowała przyzwoita temperatura. Dokonaliśmy płatności za nocleg i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Podsumowując mą wizytę w tej bacówce naszły mnie jednak niewesołe refleksje. Nocleg, najtańszy z możliwych, kosztował mnie 20zł. w tej cenie mieściło się właściwie tylko spanie w ciepłym koncie i nieco wrzątku. Nie jestem ekspertem od rynku świec oświetleniowych ale nie wydaje mi się by jedna zwykła świeczka kosztowała więcej niż kilkadziesiąt groszy - widocznie jednak w tych dwudziestu złotych nie był przewidziany taki wydatek. Mogę zrozumieć, że nie opłacało się dla dwóch gości uruchamiać agregatu prądotwórczego, choć był to piątek i z pewnością można się było spodziewać w schronisku turystów. Ale dlaczego nie oświetlić schroniska lampami naftowymi lub świeczkami? Tak czyni się w większości schronisk studenckich gdzie nocleg jest o połowę tańszy, i zapewniam Was, że w żadnej chatce na pewno nikt nie spędza całego wieczoru w ciemnościach. Ba-nie spotkałem się nigdy z takim traktowaniem na żadnej z baz namiotowych . Owszem raczej nie możemy spodziewać się ciepłej wody do mycia ale też koszt takiego noclegu jest na znacznie niższy. Osobiście sądzę, że pobieranie na Rycerzowej dodatkowej opłaty za prysznic przy tak wysokich cenach noclegu zakrawa na grubą przesadę. Jestem w stanie zrozumieć konieczne oszczędności jakie muszą czynić dzierżawcy schronisk, zimowe trudności transportowe itp. Jednakże oczekiwałbym przynajmniej jakiegoś - choćby symbolicznego - upustu w cenie noclegu kiedy nie są w stanie zapewnić turyście godziwych warunków bytowania. Takie maksymalne oszczędności kosztem turystów, z których zdziera się niemałą kasę niebezpiecznie pachną mi już pazernością. Może właśnie dlatego w piątkowy wieczór Bacówka świeciła pustkami? By nie być gołosłownym nadmienię, że nie dalej jak w ostatnich dniach minionego roku miałem okazję nocować w innym PTTK- owskim obiekcie na Bereśniku. Mimo, że również tamto schronisko świeciło pustkami za nocleg zapłaciłem 15 złotych , dwa razy udało mi się umyć w ciepłej wodzie, a raz nawet wziąłem ciepły prysznic. Nie wspominając już o tym, że zarówno jadalnia jak i całe schronisko były porządnie oświetlone i ogrzane.
Turystom wybierającym się na nocleg do Bacówki na Rycerzowej, szczególnie poza długimi weekendami i terminami gdy odbywają się tam jakieś większe imprezy, zalecałbym zaopatrzenie się we własne źródła oświetlenia, gruby portfel i dobrą mapę by odnaleźć schronisko zaciemnione niczym kamienice w czasie nalotów.
No i tak docieramy wreszcie do sprawy dla mnie najbardziej bulwersującej, a mianowicie brak zewnętrznego oświetlenia schroniska. Ta "oszczędność" robi się już naprawdę groźna, wystarczy choćby przypomnieć głośną tragedię, która rozegrała się w minionych latach na Hali Łabowskiej. Nie dalej jak kilka tygodni temu Kronika Beskidzka przypomniała, w artykule Marcina Płużka, tragiczne wydarzenia jakie rozegrały się pod Babią Góra w nocy z 14 na 15 lutego 1935 roku, zginęły wówczas w zamieci cztery osoby. Trzy ciała odnaleziono w niewielkiej odległości od schroniska. Winą za to wydarzenie obarcza się między innymi kierownika schroniska właśnie dlatego, że nie zapalił świateł, które pomogłyby turystom odnaleźć drogę do schronienia. Już więc z górą 70 lat temu wiedziano o konieczności takiego postępowania. Wygląda jednak na to, że na Rycerzowej nikt nie słyszał o tym zwyczaju a nieumiejętność czerpania z wzorców i doświadczeń minionych pokoleń jest widomym znakiem upadku danej kultury - w tym wypadku kultury turystyki górskiej.
źródło: e-beskidy.com